23 listopada 2008 20:12 ostatnie dni w Benton - exam CPL
Wybaczcie tak długą przerwę w pisaniu ale miałem imprezę powitalną więc jak pewnie zdajecie sobie sprawę cieżko było napisać coś jak głowa ciążyła. Później spotkanie z rodzink... (więcej)
Wybaczcie tak długą przerwę w pisaniu ale miałem imprezę powitalną więc jak pewnie zdajecie sobie sprawę cieżko było napisać coś jak głowa ciążyła. Później spotkanie z rodzinką i w ogóle mało czasu. Ale do rzeczy: Po skończonym ground schoolu z Kennym miałem jakąś godzinkę na przygotowanie trasy jeszcze raz. Pierwszy raz robiłem to z Herbem i wydrukowałem sobie wszystko z DUATS, więc wiedziałem jakie będą nasze waypointy. Sprawa była prosta, więc wklepałem w komputerek co musiałem i po 10 sekundach wypluł mi całą traskę policzoną co do minuty, ilość paliwa jakie będę potrzebował, wiatr, poprawkę w wiatr i w ogóle wszystko co trzeba z potem czoła liczyć. Zapoznałem się jeszcze dość szybko z traską, policzyłem wszystkie TODA i inne accelerate stop distance na lotnisku z którego wylatujemy i na którym będziemy lądować. Policzyłem, że paliwka nam wystarczy spokojnie na naszą traskę plus bezpieczna rezerwa. Pogoda była dość obiecująca i nie musimy wypełniać lotniska alternatywnego ale aby się podlizać examinatorowi wpisałem i alternative :p Why not?! Dave przyszedł trochę spóźniony. Poczułem, że zdenerwowanie osiągnęło najlepszy stan. Nie wiem czy wiecie, ale stres tak na prawdę pomaga się skoncentrować jeśli jest umiarkowany. Za dużo stresu (mega trudne zadanie) sprawia, że człowiek za bardzo się spina natomiast zbyt łatwe zadanie spraiwa że człowiek się nudzi i też nie jest to najlepsze wykonanie. Dlatego mój poziom stresu był na poziomie optimum :-) Dave wszedł sprawdził czy wszystkie papiery, godziny i takie tam mam na miejscu i zgodne z przepisami. Po chwili zaczął mnie pytać z trasy jaką wyznaczyłem. Tutaj pojawił sie mały problem w mojej głowie, bo z Herbem omówiłem tylko początek trasy (bo na examie leci się tylko do pierwszego waypointa, a później na manewry). Tak więc pomimo policzenia wszystkiego jak należy, za cholerę nie wiedziałem w którą strone mamy lecieć. Wyobraźcie sobie jak mi ulżyło jak Herb wszedł w momencie gdy miałem przejść do "dajszej" części trasy i zaczał rozmawiać z davem.... szybko acz nie dając po sobie poznać nic, sprawdziłem że dalej lecimy airwayem do następnego VORa i tam już prosta sprawa. Spokojnie obróciłem mapkę w ręku niby ją rozkładając niby oglądająć teren po drodze...:p udało się znaleźć w samą porę. ufff... Jednym uchem słuchałem też Herba. Ten jegomość właśnie nam oświadczył, że mamy 90 minut na skończenie całego examinu bo on ma właśnie w tym czasie studenta który chce polatać na Apache. Cały Herb.... Ok decyzją egzaminatora przełożyliśmy część ustną na koniec. Poszliśmy do samolotu. Zrobiłem cały obchód (BTW: nie dajcie się zwieść examinatorowi, aby nie robić tego, chyba, że powie Wam, że wie że Herbu to zrobił i widział że student też to potrafi, dlatego uwaga!) i wsiedliśmy do indiańca. Latanie z widocznością ziemi jest na prawdę wyjątkowo przyjemne. Polecieliśmy sobie dokładnie tak jak zaplanowaliśmy z małą poprawką. Generalnie DUATS planując traskę uwzględnia środek lotniska jako punkt wylotu. Dlatego po starcie aby się nie wracać nad lotnisko i nie tracić czasu i paliwka wystarczy policzyć ile stopni zmniejszyć/zwiększyć kurs podany przez DUATS aby być w waypoincie idealnie uwzględniająć, że leci się z innego miejsca. Powiem, że może brzmi to mądrze, ale ja poszedłem tylko za radą Herba aby zmniejszyć heading o 5 stopni. Co prawda tłumaczył mi, ze to można łatwo z sinusa policzyć, ale nie miałem do tego głowy. W sumie to teraz jak na to patrzę, to rzeczywiście nie jest to trudne mając długości boków które mnie interesują... No ale mniejsza o drobiazgi. Zidentyfikowałem naszego waypointa jak trzeba, odpowiedziałem na pytanie gdzie jesteśmy (bez użycia VOR, LORAN, i innych) i polecieliśmy na najbliższe lotnisko obok nas - Newton. Lotnisko to było przeze mnie atakowane taką ilość razy, że mógłbym tam wylądować z zamkniętymi oczami (co w sumie zrobiłem kilka dni temu na examie IFR :p ). Zrobiliśmy lądowanie bez jednego silnika z pełnym zatrzymaniem i taxi back. Pamiętam, że błąd jaki zrobiłem to nie zawołałem "we have three greens"!! Ale możliwe, że Dave założył, że to powiedziałem bo miał dość duży problem ze słuchawkami i prawie mnie nie słyszał :p No ale wylądowałem wzorowo, poleciałem sobie używająć PAPI, więc przyziemiłem dokładnie na 1000ft mark. Zakołowaliśmy spokojnie, zrobiłem check listę przed startem i ruszyliśmy. Obciał mi silnik podczas rozbiegu, ale to jest jedna z łatwiejszych rzeczy. Wystarczy jednocześnie zdjąć gaz i trzymać kierunek nogami. Po tym polecieliśmy dalej na jeszcze jeden czy dwa kręgi. Jedno miałem z pełnymi klapami, jedno z obciętym lewym silnikiem (trzeba na base użyć pompy ręcznej aby wypuścić podwozie) i wzbiliśmy się w powietrze aby porobić trochę airwork. Na początek zrobiliśmy power-on stall, co sprawiło, że wznieśliśmy się dość sporo. Co tu opowiadać o tym przeciągnięciu, jest to tak dziecinnie proste, że aż szkoda się tego uczyć :p Wystarczy opuścić nos samolotu na sekundę zrównując do z horyzontem (sztucznym), i zacząć wspinać się do wysokości jaką pragniemy osiągnąć po czym zmniejszyć ustawienia silnika. Zrobiliśmy jedno przeciągnięcie power on. Później zrobiliśmy steep turns. Tego bałem się najbardziej, bo jest to dość duże przechylenie (50 stopni) i spora prędkość. W związku z tym samolot dość szybko zmienia swoją wysokość... Na szczęśćie zrobiłem to na tyle dobrze, że wystarczył zakrętas tylko w jedną stronę. Później power-off stall, czyli 15" manifold press. wywalone podwozie i klapy. Tutaj trochę więcej trzeba się namajdrować przy samolocie, ale też trudne to nie jest. Gdy mamy przeciągnięcie: full power, chowamy klapki, w tym momencie nos do góry do 10 stopni, positive rate of climb i chowamy podwozie. Wznosimy się aż do wysokości zadanej przez kochanego examinatora. To też wykonałem tylko raz. W sumie byliśmy dośc wysoko, więc po wskazaniu naszego rodzinnego lotniska dostałem polecenie robienia emergency descent. Throttle na zero, czekamy na prędkość do wyrzucenia podwozia, później wyrzucamy klapki i zaczynamy zchodzić z max prędkością z jaką możemy lecieć na klapkach. Tak lecimy do 500ft przed wysokością wyrównania. Wtedy chowamy klapki i płynnie lecz wolno dodajemy throttle. Trzeba uważać aby nie zrobić tego za wolno, bo spadniemy za bardzo, ale tez nie można zrobić tego za szybko bo wyrównamy kilkaset stóp powyżej zadanej wysokości. Mnie się udało prawie idealnie, więc jeszcze poprawiłem odrobinę i gdy miałem positive rate of climb schowałem podwozie. Na macieżystym lotnisku zrobiliśmy jeszcze go around i short field landing. W sumie lot trwał 1.2h czyli przeliczając to na polskie standardy 1h i 12 minut. Przylecieliśmy i zaczęło sie pytanie mnie ze wszystkiego co można było. W sumie poległem na dwóch pytaniach. Mnie zawsze się pierdzieli jakie są minima pogodowe w airspace E i G. No nie mogę tego zapamiętać i nie zapamiętam. Będę miał to zawsze zapisane na dłoni albo przedramieniu, bo innego wyjścia nie widzę! Drugim pytaniem było pytanie o jakiś znaczek na mapie. Wystarczy spojrzeć na legendę jak się nie wie, ale zanim zdążyłem powiedzieć, że chce spojrzeć na legendę to już mi Dave mapę odwrócił. Po kilku mniejszych pytaniach i w sumie po 60-80 minutach dostałem papier zaświadczający zdanie examinu CPL!!! WOW to była moja ostatnia przeszkoda w USA zanim zacznę walczyć z ULCem... Teraz tylko spakować się i następnego dnia wylot do upragnionego domku. Można powiedzieć, że wszystko zdałem na ostatnią chwilę. Bo examin z Davem skończyłem o 17, a jeszcze musiałem kilka rzeczy zrobić przed wylotem do domu.
Pobyt w Benton dał mi na prawdę wielka szkołę latania. Nie wiem czy nauczyłbym się tak wiele w Polsce, może tak, ale wiem, Herb potrafi latać i ma wielką wiedzę. Czasami wkurza się że ktoś nie chłonie jej tak szybko jak on ją przekazuje, ale to kwestia pracowania na obrotach 220% i wszystko da się zrobić. :p Oczywiście mam kilka uwag co do tego wyjazdu, zarówno do siebie jak i instruktorów. Wiem, że mogłem latać więcej w przestrzeniach kontrolowanych przez wieżę i z nimi gadać. Wiem, że Herbu mógłby się czasami nie wydzierać i mówić spokojnie, ale inaczej nie dałoby to takiego efektu jaki dało. Ogólnie bardzo polecam szkołę w Benton (PAS) bo wiele tam się nauczyłem. Należy tylko uważać na Kennego. Jest to osoba która się już wypaliła i nie powinna byc instruktorem. Kenny na symulatorze je chipsy, czyta książkę i gada przez komórkę, a jak znajdzie czas to powie coś pod nosem na temat Twojego latania. Dlatego wylatajcie sobie z nim 10h aby poczuć symulator i latanie na instrumentach zanim się wejdzie do Apacha. Nie więcej i nie mniej, tylko 10h. Ja nie lubie płacić komuś za to, że wcina tonami paluszki i delektuje sie swoją ulubioną książką. Miejmy nadzieję, że Alex przejmie buisness po Kennym szybko, bo na razie to jest najsłabszy punkt w ofercie Herba. Yo :p
(mniej)
Komentarze: 3
